Republika Górskiego Karabachu

Odkąd na studiach poznałem O., która określała się jako Mołdawianka, ale mieszkała w Tyraspolu marzyłem, by odwiedzić kraj Naddniestrze.

Dotychczas z krajów, które nie istnieją na mapach politycznych,  udało mi się odwiedzić Republikę Górskiego Krabachu.

SONY DSC
Pomnik „My jesteśmy naszymi górami” ukończony w 1987 roku, jest uznany za symbol ormiańskiej spuścizny Górskiego Karabachu.

Jaki związek mają te dwa państwa? Ich status prawny jest niejasny. Karabach nie jest uznawane przez żadne inne państwo z wyjątkiem Armenii, de jure teren ten należy do Azerbejdżanu.

Do kraju wjechaliśmy przejściem granicznym z Armenią w miejscowości Berdzor. Wizę wykupiliśmy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Stepanakercie. Droga do Karabachu wiedzie przez góry, piękne i kolorowe. Nie należy do bezpiecznych. Nie pamiętam jak długo jechaliśmy natomiast nie zapomnę jak bardzo zmieniała się przyroda.
Z prawie pustynnych krajobrazów Armani przenieśliśmy się do zielonej krainy Karabachu, takie chwile sprawiają, że zaczynam się domyślać na jakiej zasadzie ktoś wytyczał kiedyś granice.

Zaraz za granicą zatrzymaliśmy się w gospodarstwie agroturystycznym albo restauracji, karczmie? Jadłem tam najpyszniejsze ryby na świecie,  małe, przypominały sielawę. Zostaliśmy ugoszczeni ogromny talerzem smażonych na oleju rybek polanych sokiem z cytryny. Do tego podano nam tamtejszy bimber. Była to jedna z najwytworniejszych kolacji jakie miałem okazję jeść poza Polską.

SONY DSC
Kto rozpozna jakie to ryby? Na pewno słodkowodne.

Do Karabachu jechaliśmy wynajęta taksówką, kierowcy nie zapomnę. To był typ lepiącego się macho, rozmowy z nim były bardzo długie i męczące, pewnie dlatego ze w języku rosyjskim on i ja rozumieliśmy po dwa słowa. Podczas kolacji wypił dużo więcej niż my, a było już po zmroku, wiec nie czuliśmy się bezpiecznie w dalszej podróży do stolicy. Późnym wieczorem dojechaliśmy do hotelu,  na szczęście taksówkarz nie chciał spać razem z nami w pokoju. Rano musieliśmy załatwić wizę, to znaczy pewnie nie musieliśmy, ale wypadało. Ministerstwo przypominało sporą willę, czekaliśmy w sieni. Jakaś pani, która mogłaby być sekretarką zabrała nasze paszporty. Wizy nie stemplowali, a podarowali do wklejenia. Do dziś jej nie wkleiłem, w sumie nie wiem dlaczego. Jeśli postanowicie ją wkleić, nawet nie próbujcie na tym paszporcie wyjechać do Azerbejdżanu.

Potem rynek i przepyszne ciasto zapiekane tak, by w środku była warstwa ziół albo sera. Tamtejsza kuchnia dowodzi pierwszego przykazania każdego kucharza – proste jest trudne i piękne. Zakupiłem tutowkę, ichniejszy bimber, który sprzedawany jest w plastikowych butelkach. Trzeba sprzedawcom zaufać albo oślepnąć. Jednak kto nie ryzykuje ten nie posmakuje najlepszego bimbru pod słońcem. Niektóre mają ponoć moc blisko 80%, jednak w smaku tego nie czuć, co dowodzi oczywiście kunsztu przepisu i produkcji, czuć za to procenty w żyłach, już po pierwszych łykach.

DSC05641.JPG
Sień w Ministerstwie.

Po zwiedzaniu rynku i okolic postanowiliśmy wybrać się do Agdam, miasta umarłego, zabitego podczas wojny. Miasto w dosłownym tłumaczeniu oznacza „biały dom”. Thames de Waal, brytyjski dziennikarz, nazwał to miejsce małą Hiroszimą, choć nie chodziło oczywiście o rodzaj broni jakiej użyto do zniszczenia miasta. Leży około dwudziestu pięciu kilometrów od stolicy, a jego początki sięgają osiemnastego wieku.

[googlemaps https://www.google.com/maps/embed?pb=!1m14!1m12!1m3!1d3650.570435856304!2d46.928515178809704!3d39.99204436955782!2m3!1f0!2f0!3f0!3m2!1i1024!2i768!4f13.1!5e1!3m2!1spl!2spl!4v1454026265736&w=100%&h=450]
To widmo, którego gdzieniegdzie pilnują żołnierze, a między budynkami błąkają się bezdomne psy. Jednym z najlepiej zachowanych budynków jest synagoga, obydwa minarety stoją dzielnie pośród ruin. Można na nie wejść i zobaczyć panoramę efektów wojny. Klimatu nadaje roślinność porastająca ruiny budynków, w końcu od wojny minęło już prawie ćwierć wieku. Był to smutny, ale też jakoś niezdrowo fascynujący widok. Dziś o pierwszej rzeczy, o której myślę to miny. Nawet nie przyszło mi przez myśl wtedy, że tam może być niebezpiecznie również z tego powodu.

Ceny w Górskim Karabachu nie były wysokie, wiec pozwoliliśmy sobie na mały obiad w restauracji hotelowej na głównym placu Stepanakertu. Pierwszy raz w życiu jadłem soliankę. Ufam, że miała być taka jak powinna. Słodka, ostra, kwaśna. Nie wiem, który smak dominował. To było miłe doznanie.

SONY DSC
Lotnisko nieopodal Stepanakertu – Khojaly Airport, kodu IATA brak, ICAO – UB13.

Zajrzeliśmy też na lotnisko w okolicach Stepanakertu. Wybudowano je w 2009 roku celem przywrócenia ruchu lotniczego między Karabachem, a Armenią, jednak lotnisko do dziś tylko stoi i pięknie wygląda, czujnie strzeżone przez żołnierzy.

W drodze powrotnej zwiedziliśmy klasztor w Gandzasar, pierwsze wzmianki o klasztorze pochodzą z dziesiątego wieku.

Do Górskiego Karabachu można dojechać autobusem (marszrutką) z Erywania, do Erywania również marszrutką z Gruzji. Do Gruzji dolecimy tanio Wizzairem z Warszawy lub z Katowic.

Nie polecimy już z Łodzi do Pragi

Kocham czeską Pragę i moja radość z otwarcia połączenia PRG-LCJ-EDI była naprawdę wielka, mimo wysokich cen lotów. Jak większość miałem pewnie wątpliwości czy wiele osób poleci do Pragi, jednak połączenie z Edynburgiem wydawało się strzałem w dziesiątkę. Liczni emigranci mogliby szybciej wrócić do domu na święta. Niestety pod koniec ubiegłego roku połączenia wstrzymano, zastrzegając możliwość powrotu po świętach. Liczyłem na to, z podróży dookoła świata wrócimy Czech Airlines z Edynburga. Nic z tego. Na szczęście jest stałe połączenie z STN, więc wracamy przez Londyn.

Z dnia na dzień (jak to zazwyczaj jest) otrzymałem powiadomienie, że nasz lot jest odwołany. Czech Airlines nie zaoferowało żadnej alternatywy, choć mogli się popisać i zamówić nam połączenie Adrią przez AMS.

Czuję nosem, że Adria z Łodzi też odleci prędzej czy później. Ktoś rzeczywiście powinien zainteresować się sposobem zarządzania łódzkim lotniskiem, mimo całej sympatii dla Lublinka, chciałbym usłyszeć merytoryczne wyjaśnienia, dlaczego tylko fanatycy szukania lotów i wysublimowany połączeń lotniczych, mogą sobie pozwolić na lot z Łodzi.

Do Pragi nadal z Łodzi można dotrzeć, Polski Bus nie zawodzi, dwa połączenia na dobę, tanio, ale niestety to około dziewięć godzin podróży. A do Edynburga? Teraz najwygodniej Ryanairem z przesiadką w Stansted lub Dublinie.

[youtube https://www.youtube.com/watch?v=djm_XkaA_IY]

Tanie linie lotnicze Azji

Ktoś, kto przylatuje do Europy i nie wie o istnieniu Ryanaira i Wizzair, podróżując samolotem wyda majątek na zwiedzanie naszego kontynentu. Podobnie jest z tymi, którzy odwiedzają Azję. Niestety, według moich doświadczeń, pośrednicy sprzedaży biletów lotniczych i duże wyszukiwarki lotów nie uwzględniają czasami niektórych linii lotniczych. Nie wiem jak to jest możliwe z punktu widzenia techniki, być może odgrywa tu rolę czynnik ekonomiczny. Czytaj dalej Tanie linie lotnicze Azji

Island Air wróciło na Kauai, Allegiant kupiony!

Wieczorem w pracy, dostaję powiadomienia, a tu „we`re headed back to Kauai”, nieco tańsza linia lotnicza niż Hawaiian Airlines zaczęła ponownie latać do Lihue. To genialna wiadomość. Dzięki Island zaoszczędziliśmy kilkadziesiąt dolarów od osoby. De facto bilet HNL-LIH kupiliśmy za 58 USD, nie wiem dlaczego na reklamie jest 63. To wieczorne emocje.

kauai
Banner Island Air

Lecimy tak: HNL-LIH (3 dni) – HNL – OGG (1,5 dnia) – HNL (przedpołudnie)

Wszystko zaczęło się od rana, pojawił się tak  długo wyczekiwany lot HNL-LAX. To były trzy lub cztery miesiące obserwacji, aż wreszcie. Cieszę się, że mam to z głowy. Bilet kupiłem na eDreams (wersja amerykańska). Równocześnie wypełniałem formularze na FlySiesta. W końcu na eDreams wypadła mniejsza kwota, tylko, że w obcej walucie. Po przeliczeniu Siesta wyszła drożej, więc wybrałem eDreams. Zresztą ze Siestą też nie mam dobrych przygód.

Naliczają w euro, a na rachunku wysłanym e-mailem widnieją kwoty w USD, małym druczkiem jest z kolei napisane, że na karcie będą dwie blokady – jedna dla eDreams, druga ale przewoźnika. Nie podoba mi się to. Przez kolejne dni nie będę wiedział czy zapłaciłem dolarami czy euro. W eDreams już nie kupuję.

Pozostał jeden, jedyny lot – STN-BUD. Mam nadzieję, że za chwilę potanieje, ostatni tydzień dał popalić jeśli chodzi o zakupy.

To pewne, RTW będzie z Łodzi!

Co za tydzień! Właśnie zakupiliśmy bilet, miało być za 79 zł, ale jest za 109,41 zł. Nie będziemy się kłócić o 30 złotych, w końcu to Święto Konstytucji 3 maja. Z istotniejszych biletów pozostał jeszcze STN-BUD i nieszczęsny (bo czekam na niego bardzo długo) HNL-LAX. Potem bilety po wyspach Hawajów bardzo drogim Hawaiian Airlines i koniec kropka, wystarczy wejść do samolotu!

Za 104 dni będziemy już w Budapeszcie! Może mała demonstracja w obronie trybunału?

20151205_220550.jpg
Budapeszt, grudzień 2015 roku, nasz powrót z Izraela. To tam opanowałem umiejętność otwierania butelki wina, nawet z długą szyjką, za pomocą klucza gerda i szczoteczki do zębów

Tokio za 914,50 PLN. Okinawa? Jestem hardcorem

Długo nie zapomnę tego wieczoru. Tego miesiąca, tydzień temu kupiłem bilety do Bangkoku, zaplanowałem citybreak w Bilbao, a wczoraj wieczorem kupiłem bilety do Tokio na styczeń 2017 roku.

Tej ceny też nie zapomnę (w tytule), warta jest samej podróży, a według tego co mam napisane na bilecie będziemy lecieć pierwszy raz w życiu czternaście godzin. Airbusem A320-100/200. One mogą tak długo latać? Jedno jest pewne od przyszłego miesiąca zakładam subkonto, na które odkładamy pieniądze na grudzień i styczeń.

Znalazłem też, na razie na szybko, dolot do CRL z Warszawy lub do BRU z SXF, a powrót z Madrytu przez Londyn? Jakoś tak, na szczęście jeszcze dużo czasu.

Tymczasem, jeśli chodzi o RTW – posucha, czekamy na promocje Ryanaira i Allegiant. Czekamy bardzo cierpliwie, bo już nie raz chciałem przekombinować…

Rzym w styczniu – dzień drugi

Zaczął się tuż po północy kiedy dolecieliśmy do CIA. W trakcie lotu zacząłem czytać Pepiki Surosza, jeden artykuł z jakiejś lewackiej gazety na temat upadłego Detroit – ciekawe, chciałbym to martwe miasto odwiedzić.  Autobus Terravision czekał na nas pokornie,  a opóźnienie lotu wynosiło około godzinę. Chłopak, który siedział obok nas obawiał się, że nie będzie jak dojechać do centrum Rzymu. Podróż autobusem nie trwała długo. O wiele bardziej dłużyła się ta z BVA czy RYG. Na szczęście hostel lub hotel (nie pamiętałem) zamówiłem tuż przy Termini. Okazało się, że tu jest taki dystrykt hotelowy jak w Brasilii. Hotel na hotelu, a właściwe to trudno je nazywać hotelami. Po bijących w oczy reklamach, przypominało mi to miejsce dzielnice czerwonych latarni. A ostatnim miejscem, w którym chciałbym spać to dom publiczny. Czytaj dalej Rzym w styczniu – dzień drugi

A jadnak Bilabo

Oszalałem. Myślę sobie w takich sytuacjach. Wstaliśmy rano w Rzymie, a ja znowu zacząłem sprawdzać loty. Do Bilbao. Lubię tę funkcję w Google Flight Search, która podpowiada – „jeśli polecisz z tego i tego lotniska będzie taniej o…”, „jeśli polecisz dwa dni wcześniej zapłacisz…”. Wczoraj wieczorem właśnie w ten sposób odkryłem Santander (SDR). Lata tam Ryan. Oszalałem? A dziś rano kupiłem lot SDR-CRL za 80 złotych na 29 kwietnia – 4 dni przed moją podróżą dookoła świata. Taka rozgrzewka?

Plan jest taki: LCJ lub WMI-STN-SDR-Bilbao-SDR-CRL-WMI. Nie chce znać swojego stanu konta w czerwcu. Żeby pojechać do Azji w grudniu, przez kolejne sześć miesięcy będziemy jeść kaszę gryczaną.

Skąd się wzięło Bilbao? W 2013 roku planowałem wycieczkę po Europie lowcostami. Do Bilbao był tani lot z Genewy. Wybrałem jednak BCN. Dopiero później dowiedziałem się, że w Bilbao jest kolejne muzeum Gugenhaima.

Czekam zatem na dużą promocję Rayanaira.