#dookołakuli: dzień 18. – Szlak Kalalau; to mógł być ostatni dzień

Zjedliśmy śniadanie. To był nasz ostatni poranek w hostelu w Kappa, więc musieliśmy zjeść wszystko, co nam pozostało w lodówce. Dziś zaplanowany był szlak, o którym marzyłem od roku. Wyruszyliśmy tuż po dziewiątej. Tym razem na północ wyspy.

Nasz prowiant
Nasz prowiant

W Princeville rozpoczynają się malownicze widoki na rozległą dolinę Hanalei. Na horyzoncie widoczne są wysokie szczyty Hihimanu (758 metrów), Namolokama (1348 metrów) i Mamalahoa (1141 metrów). Obszar, o którym wspominam stanowi rezerwat przyrody Halelea. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze po wodę i kawę. Zawsze trudno o dobrą kawę w hostelu.

po drodze

Droga 56 okrążająca wyspę Kauai kończy się w Haʻena, na plaży Ke`e. Stamtąd zaczyna się szlak wybrzeża Nā Pali. Tą ścieżką podróżowali pradawni Hawajczycy do odosobnionej i romantycznej doliny Kalalau. Żyli tam w chatkach krytych liśćmi i uprawiali między innymi kolokazję jadalną (taro) i kawę. W 1920 roku ostatni z nich wyjechali, żeby żyć w miastach Haʻena i Hanalei.

szlak Kalalau w latach 70-tych
Szlak Kalalau w latach 70-tych, magazyn Backpacker, lato 1975. Proszę zwrócić uwagę na ubiór młodego mężczyzny.

Dr Wheatley

Przez dziesięciolecia po emigracji pierwotnych mieszkańców, ludzie bali się tam zapuszczać. Krążyła legenda, że dolina jest zamieszkana przez duchy.

Jedynym znanym mieszkańcem w ciągu następnych 40 lat był doktor Bernard Wheatley, zdolny chirurg, a potem ekscentryczny pustelnik. Wheatley porzucił swoją praktykę lekarską i wszystkie swoje materialne dobra na kontynencie. Około 10 tysięcy dolarów swojego majątku rozdał najbliższym. W 1958 roku przeniósł się do Kalalau dla ascezy. Przez ponad dekadę żył jedząc taro i guawę. W grudniowym wydaniu magazynu Ebony z 1959 roku można przeczytać obszerny wywiad przeprowadzony z nim na plaży Kalalau.

Chirurg pustelnik
Pierwsza strona wywiadu z amerykańskiego magazynu Ebony z grudnia 1959 roku

Spokój Wheatley skończył się wraz z przybyciem hipisów latem 1969 roku. Przeniósł się wtedy do Wailuā, na wschodnią część wyspy, gdzie zmarł w 1991 roku w wieku 72 lat.

Plaża Ke`e

Dojechaliśmy do plaży Ke`e, gdzie stoi pierwszy znak szlaku Kalalau. Dochodziła godzina jedenasta. Było przed nami pierwsze wyzwania tego dnia. Znaleźć miejsce parkingowe. To są momenty, kiedy szczerze żałuję, że wypożyczyłem samochód. Około pół godziny jeździliśmy w tą i z powrotem, aż wreszcie wcisnęliśmy się pomiędzy dwa samochody na parkingu.  Trochę nieroztropnie zostawiliśmy wszystkie nasze cenne rzeczy w bagażniku, ale nie mieliśmy innego wyjścia. Następnego dnia tuż po osiemnastej mieliśmy samolot IslandAir na Maui. Wzięliśmy ze sobą trzy galony wody, kanapki, masło orzechowe, namiot, śpiwór, najważniejsze leki i gin rozcieńczony tonikiem. Alkohol nie może się zmarnować, a poza tym zawsze się przyda!

Przed nami jedenaście mil prawdopodobnie najpiękniejszego wybrzeża na świecie. Nie tracąc czasu, ominęliśmy plażę Ke`e i szybko weszliśmy na szlak. Kilkadziesiąt pierwszych metrów pod górę to strome wejście po wielkich kamieniach. Mówi się, że to element pierwotnego szlaku. Ten, którym szliśmy został wybudowany pod koniec XIX wieku, w trzeciej dekadzie XX wieku został częściowo odbudowany.

Pierwsze dwie mile są często eksplorowane przez turystów. To pigułka wybrzeża Nā Pali, dla tych którzy nie mają czasu ani sił na cały szlak. Idą z nami dzieci, ale też emeryci. Nie oznacza to, że idzie się bez wysiłku i wzmożonej uwagi. W zeszłym roku osobiście zjechałem po błotnym trawersie, bo zapomniałem założyć odpowiednie obuwie. W tym roku, co niektórzy mogliby powiedzieć, że też nie założyłem lepszego. Miałem na nogach swoje wysłużone sandały, ale z dość dobrą, przyczepną podeszwą.

Już po 500 metrach wchodzenia na pierwsze wzgórze widać panoramę plaży Ke`e. Potem wyłaniają się nieśmiało fragmenty wybrzeża Nā Pali.

plaża Ke`e

Wchodzimy do raju.

Plaża Hanakāpīʻa

Około południa docieramy do malowniczej plaży Hanakāpīʻa, gdzie robimy sobie niespełna godzinną przerwę na kąpiel w wodach Pacyfiku. Plaża jest jedną z najbardziej niebezpiecznych na świecie z powodu silnych prądów zwanych strugowymi. Fale na plaży są tak wysokie i silne, że osoba niewprawiona w pływaniu bardzo łatwo może się utopić. Mam 190 centymetrów wzrostu. Ważę ponad 100 kilogramów. Do wody wchodziłem do połowy ud. Przy większej fali miotało mną jak mrówką.

Aby dojść do plaży trzeba przejść przez strumień. Do wyboru są śliskie kamienie – na sucho lub zamoczone buty – wodą. Do dziś nie wiem jaki sposób jest najbezpieczniejszy. Przed strumieniem widnieje tabliczka przypominająca o kilkudziesięciu osobach, które utopiły się próbując przekraczać zbyt wzburzoną wodę. Strumień Hanakāpīʻa, jak większość górskich potoków, jest zabójczy kiedy w górach spada więcej deszczu.

plaża Hanakāpīʻa

Z plaży można wrócić do Haʻena, iść do plaży Kalalau lub w kierunku wodospadów Hanakāpīʻa. Google Street View na tej ostatniej trasie działa.

plaża Hanakāpīʻa

plaża Hanakāpīʻa
plaża Hanakāpīʻa

Po małej przekąsce, poszliśmy dalej w kierunku plaży Kalalau. Trudno było nam znaleźć szlak. Z biegiem czasu spotykaliśmy coraz mniej osób. Po pierwsze z uwagi na godzinę, nieubłaganie zbliżaliśmy się do zachodu słońca, po drugie z uwagi na dystans.

Pierwszy etap przez utopione w błocie liście palmowe, pod najwyższą górę. Zapowiadało się ciekawie. Po ponad godzinie doszliśmy do ogrodzenia. Wąskie przejście między siatką i napis – wkraczasz na szlak Kalalau, wymagane pozwolenia. Dzięki tej siatce i ostrzeżeniom, można się poczuć jakby wkraczało się na teren zamieszkały przez dinozaury na Isla Numbar. Pozwolenia to problem, który istnieje od dziesięcioleci. W ciągu roku wydawanych jest kilkaset tak zwanych permits, a chcących odwiedzić szlak osób jest o wiele więcej. My oczywiście o pozwoleniu zapomnieliśmy.

20160519_095440-e146938450917

Szlak prowadził nas przy oceanie, po ominięciu wulkanicznego klifu schodziliśmy do doliny i tak bez końca… Potem znowu szliśmy pod górę, wspinając się. W dolinie zazwyczaj płynął strumień, ale nie były one tak duże jak Hanakāpīʻa. Ziemia w dolinach jest dużo bardziej wilgotna i błotnista niż przy otaczaniu klifu. Trzeba być uważnym. Właściwie, jak to powiedziała wczoraj B., jak w Tatrach. Czy Europa, czy Polinezja, w górach tak samo.

szlak Kalalau

Przez moment kątem oka widziałem jakieś zwierzę. Czarne, wdawało mi się, że ma róg na łbie osadzony na białej plamie. Niewielkie. Trzy czwarte mojej wysokości. Nic nie wspominam B. I tak szliśmy w strachu, że z krzaków które nieustannie szarpaliśmy przechodząc, wyskoczy jakiś jaszczur albo wąż.

Tuż przed wejściem do kolejnej doliny (Waiahuakua) usiedliśmy na wysuniętej w kierunku Pacyfiku skale wulkanicznej (Space Rock). Zachwycaliśmy się widokiem i paliliśmy papierosa. Jest to najwyższy punkt całej drogi.

szlak Kalalau

szlak Kalalau

szlak Kalalau

szlak Kalalau

Dolina Hanakoa

Po drodze spotkaliśmy około pięciu osób. Większość wracała się opowiadając, że dalszy odcinek drogi jest dla nich zbyt stromy. Szli w pośpiechu, żeby zdążyć do plaży Ke`e przed zmrokiem. – Strome klify? Pytałem sam siebie. Na razie było całkiem przyjemnie.

Około godziny 16 doszliśmy do doliny Hanakoa. To wisząca dolina, co oznacza że strumień skacze z wysokiego klifu do oceanu.

Na dole jest obozowisko; platformy dla namiotów, schronienia pod drewnianym dachem i kompostowe toalety. Tutaj, jeśli ktoś ma czas i siły, też można zboczyć w głąb lądu, by zobaczyć wodospad doliny Hanakoa.

Nie wspomnę, że już od około godziny byliśmy skrajnie wykończeni, spoceni do suchej nitki. Jednak mnie najbardziej doskwierał strach przed brakiem wody. Na szczęście na kempingu spotkaliśmy dwie grupy młodych ludzi, którzy byli dużo mądrzejsi niż my; zabrali ze sobą filtry do wody i przyjechali na co najmniej kilka dni.

Spożywanie nieprzegotowanej wody ze strumieni na Hawajach grozi Leptospiriozą. Jednak rodowici Hawajczycy piją wodę bez filtrowania lub gotowania i nic im nie dolega. Tak to jest z naturą, że obcy jest najbardziej narażony.

Powiedzieliśmy im jakie są nasze plany. Chcieliśmy dojść jeszcze tego samego dnia do plaży Kalalau i następnego wrócić do Haʻena na piętnastą. Po godzinie osiemnastej mieliśmy lot z lotniska w Lihue na wyspę Maui. Patrzyli na nas z wielkim zaciekawieniem, nieśmiałym uśmiechem i z nutą podziwu. Jeden z nich skomentował – Nad waszym planem jest wielki, wielki znak zapytania. B. pyta mnie co robimy. – Jak to co? Idziemy! Odpowiedziałem bezmyślnie. Poprosiliśmy, by przefiltrowali nam wodę ze strumienia, nie stanowiło to dla nich większego problemu. Napełniliśmy baniaki i uruchomiliśmy resztkę sił, by znowu iść.

szlak Kalalau

Upadek

Odkąd weszliśmy na szlak próżno było szukać zasięgu sieci telefonicznej. Nie ma tam dostępu nawet do telefonu alarmowego, tym bardziej do Internetu. Jedyną możliwością wezwana pomocy jest telefon satelitarny lub machanie do licznie przelatujących helikopterów z turystami lub przepływających łódek. Na stronach lokalnych mediów co najmniej raz w miesiącu można przeczytać, że ktoś zasłabł na tym szlaku albo zmarł.

Poza dolinami ścieżki mają maksymalną szerokość pięćdziesięciu centymetrów. Właśnie ominęliśmy pierwszy klif od ostatniego przystanku. B. szła przede mną. Usłyszałem rżenie. Zacząłem bezmyślnie biec. Byłem tak przestraszony, że nawet nie zacząłem krzyczeć, żeby ją ostrzec. W sekundzie zobaczyłem jak zsuwam się na brzuchu z trawersu do przepaści. Rośliny uderzały mnie w twarz i ramiona.

Zatrzymałem się na spróchniałym, powalonym drzewie. Nogami czułem, że nie jest to bezpieczny podest dla takiego dużego człowieka jak ja. B. nawet nie krzyczała, tylko oszołomiona pytała się mnie co się stało. Nie byłem przestraszony tym, że spadłem. Krzyczałem do niej, żeby uciekała, bo “to zwierze” tu biegnie. B. wpadła w histeryczny śmiech. Nie przestała się śmiać przez następną godzinę. Żadne zwierzę oczywiście się nie pojawiło. Podciągnąłem się dzięki zielonym łodygom i starałem się opanować zdenerwowane, zmęczone ciało drżało. Kolejny bezmyślny krok. Postanowiłem, że dam radę iść dalej.

Nie przeszliśmy kolejnych stu metrów jak ponownie upadłem. Tym razem nie spadłem z trawersu. Po prostu się osunąłem na ścieżce. Przerwa. Papieros. Zorientowałem się, że nie mam na nosie okularów. Zgubiłem je podczas pierwszego czy drugiego upadku? Bezrefleksyjnie pozwoliłem B. wrócić na miejsce, gdzie spadłem z trawersu i szukać okularów. Zamartwiałem się przez kolejne 15 minut. Jeśli ona tam spadnie, to nawet nie usłyszę. Wołałem. Nie przychodziła.

Po kolejnych minutach na szczęście wróciła cała i zdrowa. Nie znalazła binokli. Jeśli ktoś nie ma mózgu, to po co mu okulary? Przypominają mi się polscy turyści, którzy robiąc sobie tak zwane selfie spadli do przepaści. Gdybym zginął wtedy z powodu halucynacji i idiotycznego zachowania w górach, zasłużyłbym na kolejny nagłówek – „Idiota zginął w górach”.

Niebo stawało się coraz bardziej pomarańczowe. Był maj, zachód słońca zaczynał się o 19:40, a przed nami było jeszcze trzy i pół mili. Byłem tak zmęczony, że zaczynało mi być wszystko jedno. Równie dobrze mógłbym się położyć w jakimkolwiek miejscu i zasnąć. Ostatni raz jadłem na plaży Hanakāpīʻa. Potem, po włożeniu czegokolwiek do ust, dostawałem globus. Dotychczas załatwiałem się tylko raz, B. ani razu. Nie świadczyło to niestety o dobrym nawodnieniu. Piliśmy doustny płyn nawadniający, który zaleca się w nieżytach żołądkowo-jelitowych. Woda na Hawajach była okropna. Smakowała plastikiem, była destylowana i w składzie nie uświadczyliśmy ani sodu ani glukozy.

Nadmiar złego, według tego co mówili nam ludzie w schronisku, najgorszy fragment wędrówki był jeszcze przed nami…

Wszystko zaczęło się dość niewinnie. Czerwone zbocze, prawie bez roślinności. Zygzak. Mieliśmy z tego zejść. Stopa za stopą. To był ten stromy fragment, którego przestraszyli się inni? Ziemia był czerwona jak na Marsie. Pył drobny. Do tego momentu moje sandały sprawdzały się znakomicie. Jednak w niektórych miejscach, erozja na wyższych piętrach wzgórza powodowała przesuwanie się pyłu w dół. Po takim nasypie najlepiej byłoby iść mając na stopach raki. Łatwo można było stracić przyczepność. Uff… Przeszliśmy.

Tymczasem za nami pojawił się przystojny, młody Hawajczyk, który z niebywałą lekkością kroczył boso, żwawym tempem, doganiając nas.

Siódma mila, czyli Crawlers ledge

Przed naszymi oczami pojawił się kamień ze znakiem siódmej mili. Ucieszyliśmy się na krótko. Spostrzegliśmy najtrudniejszy fragment szlaku Kalalau – Crawlers ledge. Ścieżka nagle zaczęła się zwężać i prowadzić do bardzo stromego zbocza. Tylko raz, pierwszy i ostatni, spojrzałem w dół. Wiedziałem, że jeśli zrobię to jeszcze raz, nie dojdziemy do plaży. Nabrałem oddech i poszliśmy. Czułem, że idziemy do nieba, zakręt na klifie był ostry i wąski. Nie chciałem myśleć co jest za nim. Złapałem za skalistą ścianę. Oderwałem kawałek. B. zabrała mi w tym momencie namiot. Nie chciałem, żeby szła przede mną. Bałem się, że spadnie, ale nie było już możliwości zamiany miejscami. Był taki moment, że stanąłem i nie wiedziałem czy dam radę iść dalej. Pojedyncze zdjęcia zrobiła B. On nie ma lęku wysokości, jednak przyznała, że to rzeczywiście był bardzo trudny odcinek.

Poniżej wkleiłem film z YouTube, który nakręciły osoby nie mające lęku wysokości. Jestem pewien, że gdybym zobaczył ten materiał przed wyprawą, nie ruszyłbym się w ogóle z plaży Hanakāpīʻa.

Okazało się, że to jeszcze nie koniec. Zakończyła się skalna przepaść. Zaczął się mniej stromy odcinek z marsjańskim pyłem. Poczułem jak ziemia pod moimi stopami się rozsuwa. Najpierw ukucnąłem, potem prawie się położyłem. Chyba chciałem zwiększyć przyczepność, bo zacząłem się zsuwać. Dzięki B., która w odpowiednim tonie wydała mi polecenia, wstałem i szybko przeszedłem odcinek zasypany pyłem.

Kolejna dolina przed nami, a na horyzoncie słońca zaczyna się topić w Oceanie Spokojnym. Godzina dziewiętnasta, a my nie mieliśmy zielonego pojęcia jakie odcinki są przed nami i ile wysiłku będzie nas kosztowało ostatnie półtorej mili. Najbardziej denerwowałem się nie tym, że być może będziemy nocować w niebezpiecznym miejscu szlaku, a powrotem. Nie wyobrażałem sobie przejść Crawlers ledge jeszcze raz…

Siódma mila

Odcinek na siódmej mili nazwali półką robotów (Crawlers ledge), bo to rzeczywiście półka, półeczka. Ludzie którzy się tam znajdują zachowują się jak roboty z lat 80-tych. Niezgrabnie, powoli starają się postawić stopę za stopą.

Siódma mila

Przełęcz Pu`ukulua

Dziewiąta mila

Dziewiąta mila
Dziewiąta mila

Wchodziliśmy pod górę ponownie… Słońce było już ledwo widoczne. Ale ocean jakby się jeszcze świecił i pokazywał nam drogę do celu. Nie mieliśmy już sił. Ja nie chodzę, nie biegam, z reguły odpoczywam leżąc z komórką, wyszukując loty. B. chodziła dużo po górach, ale widziałem, że też była bardzo zmęczona. Nie usiadła ani razu, bała się, że nie wstanie. Ja musiałem odpoczywać czasami nawet co pięć minut, żeby uspokoić serce. Ręce miałem blade i obrzęknięte, jak u trupa.

Dziewiąta mila
Dziewiąta mila

B., poznaję, chyba zbliżamy się do końca! To znowu halucynacje? Nie, tym razem miałem rację. Widzimy plażę, znany drogowskaz, a za chwilę nasze oczy zobaczą cudowny widok.

Łzy cisnęły mi się do oczu, nie tylko dlatego, że zobaczyłem te cuda. Przede wszystkim, dlatego że nigdy nie odniosłem tak wielkiego zwycięstwa nad swoim organizmem. Było bardzo jasno, mimo że dawano temu minęła dwudziesta. Słońce już dawno utopiło się w Pacyfiku, a zza gór wychodził księżyc w pełni. Głos łamał się ze wzruszenia. Czułem się jak odkrywca Marsa. Czerwona przełęcz Pu`ukulua. Byłem bardzo dumny. Na coraz ciemniejszym horyzoncie widać było złoty piasek plaży Kalalau.

dolina Kalalau
dolina Kalalau
dolina Kalalau
dolina Kalalau
dolina Kalalau
dolina Kalalau

 

Ostatnia mila

Daliśmy sobie jeszcze chwilę na wzruszenia i dalej w drogę. Po zejściu z Czerwonego Wzgórza było już ciemno. Szliśmy z latarką mojego telefonu. Bank energii, który ze sobą wzięliśmy był najmądrzejszym pomysłem na jaki wpadliśmy. Co jakiś czas wielka ropucha nas zatrzymywała na ścieżce. Przerażona B. zwalniała wtedy, a ja krzyczałem, żeby ją kopnęła dalej niż widzi.

Niespodzianka. Okazało się, że czeka nas kolejny potok. Tym razem to nie był strumyk. Przypominał wielkością strumień Hanakāpīʻa. Miałem w głowie kilkadziesiąt osób, które zginęło na Hanakāpīʻa. Ile tu?

Było ciemno. Nie widzieliśmy ani belki ani liny. Wrzeszczałem na B., która jak ta łania rwała się, żeby przeskoczyć strumień. W żaden sposób nie dało się tego zrobić na raz. Wchodzenie do rwącego potoku po ciemku byłby już dnem głupoty. Rozpracowaliśmy kamienie strumienia po woli, układaliśmy przejście jak puzzle. Udało się, choć bezpiecznie nie było.

Kolejne 15 minut szybkiego marszu, aż w końcu napotkaliśmy pierwszych ludzi. Jesteśmy naprawdę niedaleko, choć w takich chwilach każda minuta, wydłuża się do godziny.

Plaża Kalalau

Dotarliśmy, cali i zdrowi. Ludzi na plaży i na wydmach było więcej niż przypuszczaliśmy.  Czym prędzej rozebraliśmy się do naga i wbiegliśmy do oceanu. Co prawda księżyc był w pełni i stawiał nas trochę w niekomfortowej sytuacji, ale marzyliśmy o kąpieli cały dzień. Potem usiedliśmy tacy szczęśliwi, że się udało. Otworzyliśmy gin z tonikiem. Więcej powodów do napicia się ginu nie miałem od urodzenia. Przeciwbólowo, ze zmęczenia, z dumy, na ukojenie zdenerwowania siódmą milą… I papieros. W ogóle nie było mi przykro, że nie wyszliśmy wcześniej, żeby dojść tu za dania. Tak bardzo cieszyłem się, że w ogóle doszedłem! Księżyc oświetlał ścianę gór pilnujących wybrzeża. Woda tak odbijała światło, że bez problemu widać było oba skraje plaży.

Zostało nam półtora galona wody. Nawiązałem kontakt z parą młodych ludzi – dziewczyną z San Diego i chłopakiem z Maui. Opowiadali o nalotach policji, która likwiduje obozowiska tutejszych, nielegalnych osadników. Nikt, kogo poznaliśmy nie był tu legalnie. Pytali, czy po drodze nie spotkaliśmy strażników weryfikujących pozwolenia. Ponoć kilka razy w roku z jednej strony przychodzą strażnicy, a z drugiej przylatuje helikopter i rozpoczyna się obława. Mandat kosztuje kilkaset dolarów. Rzeczywiście tak to się odbywa, po powrocie do Polski sprawdziłem.

Nasi znajomi byli już tam trzeci dzień. Dziwili się po co nadaliśmy sobie takie tempo. Ludzie przyjeżdżają tu na kilka dni, tydzień, dwa. Idą szlakiem w jedną stronę dwa dni albo dłużej. Przypomniało mi się wtedy, że jeszcze przedwczoraj byliśmy w Sydney Tydzień temu na Filipinach. Jesteśmy przecież w podróży dookoła świata. Wybrzeże Nā Pali jest tak piękne, że wyrywa człowieka z całego świata, tylko dla siebie.

Rozmawialiśmy o mielonce turystycznej i ich Spamie. Chwaliłem się, że nasza jest najlepsza na świecie. Spam prawdopodobnie przybył na Hawaje wraz żołnierzami marynarki wojennej. Tak zasmakował, że został niemal daniem narodowym.

Przyszedł czas na napełnienie baniaków na wodę. Młody Hawajczyk energicznie ruszył w kierunku wydm, a ja w pogoni za nim nie zdążyłem założyć butów. Szedłem jak ta oferma, co chwilę postękując; a to kamień, a to ropucha, a to odcisk na stopie… Doszliśmy do małego wodospadu. Przefiltrowaliśmy wodę. Potem szybki prysznic i już plażą wróciliśmy do naszego obozowiska. On nago, ja w ubraniu. Młodym i smukłym wolno. Był bez skrępowania, a ja przesiąknięty miejskimi nawykami starałem się nie patrzeć, tam gdzie patrzeć się nie powinno.

Położyliśmy się z B. na plecach, wpatrzeni w gwiazdy… Spełniło się moje marzenie.

2 odpowiedzi do “#dookołakuli: dzień 18. – Szlak Kalalau; to mógł być ostatni dzień”

  1. No wiesz, czyta się, jak kryminał!! Dobrze, ze wiem, że dojechaliście szczęśliwie do końca podróży, bo miałam wrażenie, ze czytam opowieść o nieszczęśnikach, którzy nie dotrwali do konca.. Ale Opatrzność czuwa, (jak u Chmielewskiej, haha), cieszę się, ze byliście w RAJU, chociaż dojscie do niego rajskie nie było.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *