#dookołakuli: dzień 24. – Wielki Kanion

Wyspaliśmy się w Motelu we Flagstaff. Tuż obok drogi były tory kolejowe i przjerzdżały pociągi z ładunkiem. Przypomniała mi się Dr Queen, ale to nie Kolorado tylko Arizona.

20160525_062615
Śniadanie już tradycyjnie zjedlismy w amerykańskim bufecie. Byliśmy trochę znudzeni jajkami, bekonem i jajkami z bekonem. Warzywa! Chcemy warzyw!

Szpital

B. gorączkowała. Zaczęliśmy jeszcze raz analizować przyczyny zapalenia. Tak od niechcenia zapytałem współbiesiadników, gdzie tu, we Flagstaff jest szpital. Spirala niepewności zaczęła się rozkręcać. Podbijana faktem, że to rzeczywiście kolejna doba antybiotykoterapii, a gorączka nadal się pojawia. Oznaczałoby to, że lek nie działa. Szybki telefon do znajomego chirurga. Oczywiście (nie miał innego wyjścia) polecił nam jechać do szpitala. Zrobiłby tak każdy lekarz konsultując pacjenta przez telefon z takimi objawami.

No to trafiliśmy. Uroczo położony szpital we Flagstaff. Miałem wizję kilkunastogodzinnej wizyty w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Nici z Wielkiego Kanionu. Fakt, faktem poczułem trochę ulgi, że z moich pleców zdjęte zostanie nieco odpowiedzialności za stan zdrowia B.

Izba przyjęć okazała się niemal pusta, była godzina dziesiąta. Spotkaliśmy dwie lub trzy osoby, w tym niemowlę. Wyposażenie izby nie było imponujące, podobne jest w Polsce. Po zmierzeniu przez ratownika medycznego podstawowych funkcji życiowych przeszliśmy do oddziału ratunkowego. Było tam więcej pacjentów. Do B. podeszła pielęgniarka i zebrała wywiad. Po około pół godzinie przyszedł lekarz. Badanie lekarskie było mocno ograniczone i skupiło się na oglądaniu nogi. Jakie były różnice ze stosunkiem do pacjenta w Polsce? Przede wszystkim wszyscy głośno i wyraźnie przedstawiali się i podawali swoją funkcję. Po drugie wykonane zostały tylko niezbędne badania, konieczne do wykluczenia lub potwierdzenia najbardziej niepokojącej nas choroby (zakrzepicy).

Po godzinie przyszedł dr Jeff i najpierw powiedział, że B. będzie musiała zostać kilka dni w szpitalu. Szybko zorientował się po naszej minie, że to nie przejdzie. Nie zobaczylibyśmy San Francisco i opery w Los Angeles. Poszedł zasięgnąć opinii lekarza chorób tropikalnych. Udało się. Antybiotyki B. mogły być podawane doustnie. Uff.

Wielki Kanion Kolorado

Pojechaliśmy do apteki i szybko do południowego krańca Wielkiego Kanionu Kolorado. Pamiętam jak pierwszy raz wzdychałem na kanionem na wyspie Kauai. Amerykanie obok mówili mi wtedy – zobaczy Pan Wielki Kanion, to dopiero przeżycie! To był klops. Przy samym przystanku do punktu widokowego był wielki parking. Jak przed supermarketem. Nie znoszę takich miejsc, zwłaszcza jeśli przez przez kilkadziesiąt minut muszę szukać miejsca parkingowego.

Głównie dlatego oglądanie Wielkiego Kanionu było raczej zaliczeniem punktu na mapie niż wielkim przeżyciem. B. płakała. Zapewne z powodu swojego stanu – doskwierała jej gorączka. Na szczęście wypożyczenie wózka inwalidzkiego nie sprawiło mi problemów.

W drodze do San Francisco

Szybkie sesje zdjęciowe i uciekliśmy do samochodu, żeby zdążyć przed nocą dotrzeć do Bakersfield w Kalifornii. Ta miejscowość leży mniej więcej w połowie odległości między Wielkim Kanionem Kolorado, a San Francisco.

Zachód słońca oglądaliśmy już na pustyni i był to przeżycie bardziej romantyczne niż zbiegowisko nad South Rim.

Gdzieś po drodze zjechaliśmy z autostrady do sklepu po kawę. Trafiliśmy do miejscowości – skansenu na Drodze 66. Ze zmęczenia i roztargnienia zamknąłem gorączkującą B. w samochodzie. Do dziś twierdzi, że chciałem ją w ten sposób  zamordować.

Droga 66

Podróż do Bakersfield była bardzo długa. Wieczorem już mało co widziałem. Nie była to odpowiedzialna podróż, ale na szczęście się udało! Dzień zakończyłem zderzeniem swojej twarzy z bardzo czystą szybą witryny hotelowej (nie wiedziałem, że tam jest szyba).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *