Nowa Zelandia, Wyspa Południowa

O świecie następnego dnia wyjechaliśmy do przystani, z której odpływa prom do Wyspy Południowej. Tak naprawdę bardziej opłacałoby się kupić bilet lotniczy i przelecieć ten odcinek samolotem, jednak sama podróż promem wydawała się nam atrakcją.

Wschód słońca w Wellington
Nasz prom, którym przepłynęliśmy z Wellington na Wyspie Północnej do Picton na Wyspie Południowej.

Dzień siódmy – Nowa Zelandia, Wyspa Południowa, region Marlborough

Rzeczywiście podczas rejsu można podziwiać pocztówkowe krajobrazy linii brzegowej okolic Wellington i Picton. Północny region Wyspy Południowej – Marlborough obfituje w dziesiątki małych wysepek.

Zaraz po przypłynięciu, tuż przed południem, ruszyliśmy w dalszą część drogi. Pojechaliśmy północną drogą, mijając po drodze Zatokę Szekspira. Po kilkunastu kilometrach bardzo krętej drogi zatrzymaliśmy się na obiad na jednym ze zboczy. Największą zaletą kampera to restauracja z najlepszym widokiem.

Zatoka Szekspira

Kuchania polska w Nowej Zelandii

Kuchania kampera to zaledwie dwa metry kwadratowe. Składa się z dwóch palników gazowych, całkiem pojemnej i dobrze chłodzącej lodówki, dwóch szafek, zlewu i miniaturowego blatu. Jucy zapewnia podstawowe naczynia, garnek, patelnię i sztućce. Butlę gazową musieliśmy w trakcie całego wyjazdu napełniać dwukrotnie. Fakt, że przygotowanie posiłku wymaga tylko zatrzymania pojazdu i odkręcenia gazu z pewnością pozwala zaoszczędzić mnóstwo czasu i energii. W sklepie kupowaliśmy właściwie tylko mięso, warzywa, owoce i przekąski. Zabranie walizki z suchym prowiantem było bardzo dobrym pomysłem. Podczas wynajmowania kampera można za dodatkową opłatą wziąć stolik i krzesełka turystyczne. Tego nie zrobiliśmy. Jednak posiłek na trawie ma też swoje miłe strony. Jednym z najbardziej popisowych dań były hamburgery1 oraz kiełbaski z owiec (nie przypadły nam do gustu). Poza tym wciągaliśmy dość duże ilości makaronów z sosami z torebek.

Kamper Jucy
Po prawej lodówka (chłodziła podczas jazdy samochodem), gniazdka elektryczne, z których nie korzystaliśmy (działają po podłączeniu kampera do prądu), blat kuchenny, pod którym znajdują się pojemniki ze sztućcami, zlew i wreszcie kuchnia gazowa. Przed każdym użyciem gazu trzeba było odkręcić butlę z gazem (zawór na zewnątrz). Po lewej stronie kabina prysznica.

Pelorus Bridge Scenic Reserve

Około trzeciej popołudniem zatrzymaliśmy się przy moście Pelorus gdzie krzyżują się dwie rzeki – Te Hoiere/Pelorus i Rai. To miejsce znane dzięki filmowi Hobbit2. To w tym miejscu Krasnoludy płynęły w beczkach.

Pelorus Bridge Scenic Reserve
Gdzie są krasnoludy?

Pierwszy nocleg zaplanowaliśmy tuż za doliną Rai, przy drodze stanowej. Bezpłatny kamping był nad samą rzeką. Byłem zmęczony jazdą samochodem, więc wybraliśmy się na dłuższy spacer.

Okolice doliny Rai

Dzień ósmy – Park Narodowy Nelson Lakes

Z doliny Ria wyruszyliśmy w kierunku Nelson, jednego z największych miast Wyspy Południowej. Wschód słońca był przepiękny, zamglony.

W Nelson widzieliśmy anglikańską katedrę z 1851 roku z charakterystyczna wieżą. Na centralnym postoju dla kamperów zrobiliśmy pierwsze pranie, a także zakupy. Zatankowaliśmy samochód. Trzeba było też uzupełnić gaz w kuchence.

Katedra w Nelson

Kolejny cel podróży to jezioro Rotoiti. Po drodze zatrzymaliśmy się nad rzeką na krótki spacer po kamiennym, wysuszonym dnie. Obrazy, które tam widziałem przypominały scenerię film Brokeback Mountain. Ja i P., nasza samotność w przyrodzie, potęgowała to wrażenie.

Jezioro Rotoiti

Jezioro Rotoiti było pierwszym tak oczekiwanym obrazem jaki zobaczyliśmy w Nowej Zelandii. Rzeczywiście zapiera dech w piersiach. Było jak pocztówka, którą bardzo chce się wysłać bliskim.

Wybraliśmy się tam na spacer wzdłuż linii brzegowej. Po drodze można zobaczyć mnóstwo pułapek na gryzonie. Niby Nowa Zelandia chce pozostać nienaruszona, a jednak przyrodnicy są zmuszani, aby ograniczyć liczbę gryzoni

Jezioro Rotoroa

Kolejny nocleg mieliśmy nad rzeką Buller, kilkanaście kilometrów przed miejscowością Inangahua. Dojechaliśmy tam późnym wieczorem. To był  jeden z tych kampingów, w którym dobrowolnie dawało się składki. Należało pobrać odpowiedni bilecik, wypełnić go i napisać jaką kwotę się opłaciło. Jedną część bileciku należało włożyć do skrzynki, a drugą trzymać na przedniej szybie samochodu. Rano przyjeżdżał strażnik, który po opróżnieniu skrzynki, kontrolował kto zapłacił za kamping.

Dzień dziewiąty – Hokitika

To pierwszy dzień podróży do lodowców. W miejscowości Grey Mouse oczyściliśmy nasz samochód z czarnej i szarej wody i zrobiliśmy zakupy. Obiad zjedliśmy w najmniej w romantycznym miejscu w Nowej Zelandii – parkingu supermarketu.

Ceny w supermarketach nie są tak wysokie jak myślałem pierwotnie, można powiedzieć że są porównywalne z polskimi. Rzeczywiście relatywnie najdroższe są owoce i warzywa.

Następnie droga prowadziła właściwie cały czas wzdłuż wybrzeża.

Kozioł nowozelandzki. Oczy – obłędne.

W miejscowości Hokitika odbiliśmy w lewo, żeby zobaczyć Hokitika Gore. To krótki szlak pieszy, który znany jest przede wszystkim z obłędnego koloru tamtejszej wody.

Hokitika została założona z powodu wybuchu gorączki złota w 1864 roku. Pod koniec 1866 roku była jednym z najbardziej zaludnionych miast Nowej Zelandii. W 1867 roku miejscowy port znalazł się na pierwszym miejscu w Nowej Zelandii zarówno pod względem liczby statków, jak i całkowitej wartości eksportu; głównie złota.

Późnym popołudniem dojechaliśmy do kolejnego postoju na noc, tuż przy drodze Harihari. Na kampingu pierwszy raz nie było nikogo, żywej duszy. Trochę się tym niepokoiliśmy, więc spałem z nożem u boku.

Dzień dziesiąty – lodowce

Widzieliśmy pierwszy raz w życiu lodowce. Pierwszy był lodowiec Franz Josef. Obecnie czoło lodowca położone jest 19 kilometrów od morza Tansmana. Około 15 tysięcy lat temu język lodowca sięgał linii brzegowej. Dziś niecką, w której żył lodowiec spacerują turyści.

Później lodowiec Fox. Największe wrażenie robią tablice informacyjne, które pokazują jak szybko topnieje czoło lodowca. Do czoła lodowców można podejść naprawdę blisko.

Nad jeziorem Matheson chciałem zobaczyć jeden z najbardziej znanych krajobrazów Nowej Zelandii – panoramę alp południowych z górą Cooka jako główną aktorką. Niestety pogoda zrobiła nam chochlika i mogliśmy się tylko domyślać co znajduje się za chmurami. Siedzieliśmy na ławce i marzyliśmy jak to jest widzieć tę panoramę.

Późnym wieczorem, kiedy już było ciemno, dojechaliśmy do naszego obozowiska. Na szczęście tym razem nie byliśmy na campingu sami. Kamping położony był na poboczu drogi, a rano okazało się że jesteśmy na plaży.

Dzień jedenasty – w drodze na południe

Z miejscowości Haast skręciliśmy w lewo i przedostaliśmy się przez pasmo Alp Południowych. Pierwszy dłuższy przystanek to Wanaka, niewielka miejscowość skąd można pojechać nad jezioro Pukaki i zobaczyć tam górę Cooka od drugiej strony. Niestety z moich obliczeń wynikało, że nie mamy na to czasu, co wiązało się z tym że będąc z Nowej Zelandii nie zobaczę góry Cooka.

Zatoka Roys
Zatoka Roys

Nad zatoką Roys zrobiliśmy zakupy i zjedliśmy największy na świecie muffinki. Wspominam jadę dzisiaj mimo tego, że nie jestem wielbicielem słodyczy.

Nie zobaczyłem góry Cooka, ale po drodze zatrzymaliśmy się na jednym z przystanków3. Rozciąga się tam przepiękna panorama Queenstown. Wzgórze porośnięte jest złotymi trawami. Wiśenką na torcie był widok lądującego w Queenstown samolotu. To musi być jedno z najlepszych miejsc dla fanów awiacji.

Zjeżdżając z gór do Queenstown tłumaczyłem P. jak jeździć samochodem (nie ma chłopak prawa jazdy), tak aby nie zagrzać hamulców. W tym samym momencie poczuliśmy smród spalonej gumy, a czekała nas jeszcze długa droga w dół. Musieliśmy się zatrzymać i odczekać. Bardzo szybko się wtedy nauczyłem, który bieg w automatycznej skrzyni naszego kampera służy do zjeżdżania z gór (już zapomniałem który).

Na szczęście nie musieliśmy musiałem jechać przez centrum miasta, żeby dostać się do naszego kampingu w okolicy Lower Shotover4. Tej nocy P. zapomniała zamknąć okno w kamperze, ale na szczęście nie zamarzliśmy.

Pogoda w Nowej Zelandii w maju

Pogoda podczas naszej wyprawy5 do Nowej Zelandii odpowiadała późnej jesieni w Polsce. Nie widzieliśmy śniegu, ale rankiem pola błyszczały szronem. Z perspektywy czasu, uważam że trafiliśmy na świetny okres; mniej ludzi i niższe ceny (poza sezonem), a temperatura jeszcze do zniesienia. Obydwaj jesteśmy zmarźluchami, ale bez większego problemu przetrzymaliśmy noce w kamperze bez ogrzewania.

Małe muszki piaskowe6, mimo późnej jesieni dawały się we znaki. Jeszcze w Wanaka, zakupiliśmy bardzo skuteczną świecę. Używaliśmy w kamperze. Nie chcę sobie wyobrażać ile tych muszek jest w lecie.

Najbardziej psotne zwierzę tutaj to mała, czarna mucha, która jest liczna i jest tak kłopotliwa, że dokucza bardziej niż wszystko, z czym kiedykolwiek spotkałem się. Gdziekolwiek ugryzą powodują obrzęk i taki nieznośny świąd, że nie jest to możliwe powstrzymać się od drapania. Na koniec powstaje owrzodzenie, takich jak przy ospie prawdziwej.

James Cook

Dzień dwunasty – Te Anau

Długa droga z Queenstown do Lumsden, a następnie do Te Anau, przedsionka fiordlandii i zatoki Milforda. Miejscowość położona jest nad jeziorem o tej samej nazwie, znajduje się tam ostatnia stacja benzynowa na drodze do Zatoki Milforda. Zatankowaliśmy samochód do pełna i ruszyliśmy drogą 94 w kierunku najczęściej odwiedzanego miejsca w Nowej Zelandii.

W Nowe Zelandii jest dużo owiec. Pozna je tam dobrze poznać. Rozśmieszały mnie, kiedy przejeżdżaliśmy swoim zielonym samochodem obok stada. Najpierw zerkała jedna, potem powoli, jak przewracające się kostki domina, jedna za drugą odwracały się w naszą stronę. Aż na dziesiątki par oczu wpatrują się we mnie z zaciekawieniem.

Zatrzymaliśmy się na campingu kilkadziesiąt kilometrów przed Zatoką Milforda. Było to ostatnie darmowe miejsce do spania. W okolicy jest szlak pieszy. Można zwiedzić malowniczy las, pospacerować brzegiem jeziora.

 

Turyści w Nowej Zelandii

Wyjątkowo poznaliśmy tam ludzi, z którym zjedliśmy kolację. To był pierwszy raz, kiedy rozmawialiśmy dłużej niż minutę z innymi osobami, odkąd przyjechaliśmy do Nowej Zelandii. Na tamtejszych kempingach nie obserwowaliśmy nadmiernej potrzeby integracji między biwakującymi. Bardzo nam brakowało kontaktu z ludźmi.

Na darmowych kampingach byliśmy jako jedni z niewielu, w największym kamperze. Większość osób podróżowała bardziej budżetowo – vanem. Niektórzy spali jeszcze w namiotach. Zazwyczaj byliśmy też starsi, przeważali dwudziestolatkowie.  Tylko my byliśmy na tak krótko w Nowej Zelandii. Wszyscy, których spotkaliśmy, zwiedzali Nową Zelnadię od kilku tygodni do kilku miesięcy, często, jednocześnie pracując.

Dzień trzynasty – Zatoka Milforda

O świecie wyruszyliśmy na podbój Zatoki Milforda.

Trudno właściwie opisać swoje wrażenia, tyle razy patrzyłem na zdjęcia z tego epickiego miejsca i wreszcie widziałem je na żywo, o wschodzie słońca. To był wzruszający moment.

To ja, w Milford Sound

Głównym punktem naszej podróży do Zatoki Milforda była wycieczka promem. Z uwagi na to, że wynajem wynajmowaliśmy samochód w Jucy, dostaliśmy zniżkę. Gdyby było cieplej wolałbym wynająć kajak. I gdyby P. byłby dobrym pływakiem…

Pierwszy raz w życiu widziałem delfiny. Nie tak jak w filmach, ale jeśli ktoś jest uważnym obserwatorem może je zobaczyć bez żadnego problemu. Zaletą promu był na pewno kapitan, który podczas rejsu zabawiał nas opowieściami o fiordzie. Statek dopływa do morza Tansmana, po drodze zatrzymuje się między innymi pod wodospadem, na tyle blisko, byśmy mogli zostać przez wodę zmoczeni.

Po powrocie na ziemię czekała mnie kolejna atrakcja. Na końcu drogi 94 znajduje się niewielkie, krajowe lotnisko (MFN), które obsługuje loty turystyczne i loty między Zatoką Milforda, a Queenstown. Pas startowy o długości 503 metrów został wybudowany w 1953 roku. Co ciekawe a lotniska nie ma na Flightradar24. Lot kosztuje od stu dolarów nowozelandzkich w górę.

Jeden z przystanków okołoobiadowych.

Dzień czternasty – nowozelandzka prowincja

Noc spędziliśmy w Lumsden. Jest tam bardzo przyjazny dla użytkowników kamperów parking. Można umyć samochód i napełnić zbiorniki wodą.

Zbaczyliśmy z głównej drogi żeby dojechać do lasu Fangorn, ale niestety nie udało nam się znaleźć miejsca, które było widoczne w filmie. Podczas tego wyjazdu korzystaliśmy z aplikacji offline z miejscami, które warto odwiedzać. Jedną z kategorii była sceneria filmów Władca Pierścieni.

Podjechaliśmy też nad rzekę Waiau, aby zobaczyć firmową inspirację rzeki Anduina.

Ruszyliśmy w drogę na południe wyspy, do Invercargill. Zatrzymaliśmy się w miejscowości Otatau. Spacer po nowozelandzkim, prowincjonalnym miasteczku bardzo nam się podobał. Zabudowa miejscowości świetnie nadawałoby się do dramatu, na przykład Co gryzie Gilberta Grapa.

Otatau

Próbowaliśmy napić się piwa w pubie, ale niestety skończyło się tylko na nieśmiałej próbie. Przy wejściu do pubu nietrzeźwa barmanka zniechęciła nas do dalszego biesiadowania. Odwiedziliśmy za to przychodnię lekarską. Rozmawialiśmy z pielęgniarką i lekarzem. Okazuje się, że pacjenci też tam chorują i często odwiedzają lekarza.

Dzień piętnasty – południe południa

Następnego dnia byliśmy już w Invercargill. Dojechaliśmy aż do Bluff, czyli najbardziej wysuniętego na południe miasteczka Nowej Zelandii.

Invercargill
Nie zabrakło czasu, żeby odwiedzić lotnisko w Invercargill IVC

 

Bluff

Bliżej do Anktartydy nie jest już nigdzie indziej.

Alkohol w Nowej Zelandii

Skończyła nam się wódka przywieziona z Polski, zakupiliśmy więc wino. Okazuje się że to całkiem dobry wybór jeżeli chodzi o cenę i smak. Podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, alkohol dostępny jest w specjalnych sklepach, czasami takiego punktu nie ma nawet w dużym supermarkecie.

Dzień szesnasty – lot Air New Zealand z Quneestown do Auckland

Parking w Lumsden przy dawnej stacji kolejowej.

To niestety czas powrotu. Wstaliśmy wcześnie rano w Lumsden i umyliśmy kampera. W umowie wypożyczenia zapisane było, że kamper musi być oddany czysty. To było niemiłe zaskoczenie, ponieważ umyć tak duży samochód wcale nie jest łatwo. Ponadto konsultant infolinii Jucy nie był w stanie nas też poinformować czy wymagają na przykład wyprania pościeli…

W drodze do Queenstown żegnaliśmy się z zaszronionym krajobrazem Wyspy Południowej. Na lotnisku humor mi się poprawił, miałem wystarczająco dużo czasu by przez duże okna oglądać starty i lądowania.

To było jedno z ładniejszych wznoszeń w moim życiu. Co więcej, po kilkudziesięciu minutach od startu zobaczyłem wreszcie Górę Cooka.

Dzień siedemnasty – wieczór w Auckland

Po kilkunastu dniach spędzonych w kamperze i na odludziu nie mogliśmy się szybko odnaleźć w wielkim mieście jakim jest Auckland. Wielkie w porównaniu do innych, która wydaliśmy dotychczas widzieliśmy w Nowej Zelandii. Ilość świrów jakich spotkaliśmy po drodze do hostelu troszkę nas przestraszyła.

Auckland, tak samo jak Wellington, jest bardzo czyste.

Lotnisko w Auckland
Nasz samolot do Bangkoku.

Podróż powrotna przebiegała wręcz wzorowo. Obejrzeliśmy bardzo dużo filmów. Po przylocie do Londynu byliśmy w całkiej dobrej formie. W centrum Londynu zjedliśmy śniadanie i Wizzairem z lotniska Luton wróciliśmy do Warszawy. Ostatnim etapem podróży był pociąg relacji Warszawa Centralna – Łódź Fabryczna.

Ah cóż to była za wyprawa! #NowaZelandia 🇳🇿 Wyspa Północna…

Opublikowany przez DOOKOLAKULI Środa, 21 marca 2018

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *