Jawa! Lecimy w grudniu

Jawa! Lecimy w grudniu. Pierwotnym pomysłem kontynuacji naszej podróży Qatarem była Birma i Wietnam, ale dzisiejsza promocja AirAsia made my holidays. Bagan i Hanoi zobaczymy następnym razem, będzie to dobra motywacja do zakupu kolejnych biletów.

Oczywiście o Jawie nie mam zielonego pojęcia, ale to właśnie jest najmilsze jeśli to linie lotnicze dyktują kierunek, a nie Ty.

Ceny biletów kształtują się nastepujaco:
KUL-SUB-KUL za 143 zł/osobę
KUL-DMK za 154 zł/osobę

Pozostaje jeszcze do kupienia DMK-KUL.

Po drodze zwiedzimy też Kula Lumpur!

463780497_a5ab1d1c0b_o (1)

2936782397_a2bb02cdfd_o

Photos made by Flickr users

 

Pociąg relacji Bar – Belgrad

Widok. Pociąg relacji Bar-Belgrad
Jezioro Szkoderskie

Pociąg relacji Bar – Belgrad to ponoć jedna z najpiękniejszych podróży pociągiem jakie można odbyć w Europie. Mowa oczywiście o widokach za oknem.

Decyzja o budowie tego połączenia kolejowego powstał w 1952 roku, jako narodowy projekt komunistycznej Jugosławii. Koniec końców, Serbowie i Czarnogórzanie wybudowali ją na własną rękę.

Prace budowlane zostały zakończone w dniu 27 listopada 1975 roku.

Serbska część linii kolejowej była kilkakrotnie bombardowana i poważnie uszkodzona przez NATO w 1999 roku. Również mniejsza część, która przechodzi przez Bośnię i Hercegowinę została wysadzona w powietrze przez SFOR . Wszystkie te uszkodzenia zostały naprawione po wojnie.

Tak, jadąc tą trasą zaczynamy przygodę w Czarnogórze, potem Serbia, Bośnia i Hercegowina i znowu Serbia.

Najwyższy wiadukt kolejowy na świecie – Maja Rijeka. Zdjęcie: Hons084/WikiCommons

Widoki podczas długiej, w naszym przypadku ponad 12 godzinnej podróży, są niesamowite, choć to tak jak z wielkim muzeum, człowiek jest przygnieciony ilością obrazów, poza tym, to był już nasz kolejny dzień podróży po Bałkanach, więc „zdążyliśmy się przyzwyczaić” do pięknych widoków.

DSC04066
Zdjęcie: James-In-Transit/Flickr

Kilka uwag organizacyjnych. Na stacji kolejowej w Barze nie ma bankomatu, nie można też płacić kartą, najbliższy jest około 35-45 minut pieszo od stacji, zabezpieczcie się w gotówkę. My przyjechaliśmy do Baru z Budvy rano. Na stacji autobusowej, która jest około dziesięciu minut od stacji kolejowej też nie ma bankomatu. Może się zdarzyć, że rano nie będzie już biletów, niektórzy przyjeżdżają do Baru dzień wcześniej i kupują bilety na poranny pociąg. Nam udało się kupić bilet bez większych problemów.

 

Stan pociągu

Wnętrze pociągu, delikatnie mówiąc, nie jest pierwszej świeżości. Koniecznie zabierzcie ze sobą chusteczki nawilżane i jedzenie. Przez 12 godzin na pewno zgłodniejecie, a w pociągu trudno o sklep lub „Wars”. Do niektórych toalet niestety lepiej nie wchodzić. Problem mają Ci niepalący albo neofici – palić można wszędzie w korytarzu.

Do Budapesztu

Linię Bar-Belgrad możecie wydłużyć dojeżdżając do samego Budapesztu, jest też możliwość zabrania ze sobą samochodu dzięki autokuszetkom. Przewóz samochodu na trasie Bar-Belgrad kosztuje 30 euro1.

Poruba, Ostrawa

Poruba to jedna z najludniejszych dzielnic Ostrawy. Pierwsza wzmianka o miejscowości pochodzi z 1377 roku.

Oblouk ostrava poruba - SORELA - 6.11.2009.jpg
By Boris Renner – Boris Renner, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=12071055

Przełom w historii Ostrawy nastąpił w latach 50. XX wieku, kiedy to postanowiono wybudować nowe centrum. Wtedy Czechosłowacja przestawiała się na rozwój górnictwa, stalownictwa i innych dziedzin przemysłu ciężkiego. Jego ośrodkiem stała się Ostrawa, w tym czasie nazywana miastem węgla i stali albo stalowym sercem republiki.

Jedną z dzielnic nowego miasta była Poruba – właśnie to miejsce, z uwagi na natężenie socrealistycznej architektury, zrobiło na mnie duże wrażenie podczas odwiedzin Ostrawy. W stolicy kraju morawsko-śląskiego znalazłem się właściwie przez przypadek, na krótką, jednodniową wizytę.

Do Ostrawy (OSR) jest rzut beretem z Górnego Śląska; z Katowic samochodem podróżuje się tam około godzinę, kursuje też autobus TigerExpress. Dla fanatyków latania: samolotem najłatwiej dostać się tam przez STN (Ryanair) lub z Radomia (RDO).

W Ostrawie nie tylko Porubę warto zwiedzić, w przewodnikach poleca się również zabudowania dawnych fabryk i kopalni, a także stare zabytki, jak Katedra Boskiego Zbawiciela.

Mimo złej opinii w ostatnich dziesięcioleciach, miasto stara się poprawić wizerunek i obecnie mówi się o nim jako centrum rozrywkowym Republiki Czeskiej, doskonałym przykładem jest ulica Stodolni – skupisko kilkudziesięciu klubów, barów i restauracji

Więcej zdjęć Poruby na stronie ostravaci.cz (historyczne, współczesne).

Bilbao, we’re heading!

Udało się, bilety do Santander kupione! Nie wiem czy po najniższych cenach, ale najważniejsze, że już są! W Santander (SDR) wynajmiemy samochód i jedziemy do Bilbao.

[vimeo 107467692 w=500 h=281]

To największe miasto Kraju Basków. Najbardziej nie mogę doczekać się odwiedzenia muzeum Guggenheima od zewnątrz i od środka. Budynek muzeum to jedno z najważniejszych dzieł architektonicznych w ostatnich dziesięcioleciach. Było otwarte w 1997 roku, a zaprojektowane przez Franka Gehry`ego.

La Ría
Niestety w Teatro Arriaga nie grają żadnego spektaklu podczas naszego pobytu, ale jeśli jedziecie w w innym terminie zapewne warto się tam wybrać, nie tylko ze względu na sam budynek. Niegdyś była to jedna z najważniejszych scen operowych Półwyspu Iberyjskiego.

800px-Ensanche_bilbao.jpg
Plan rozbudowy miasta z 1867 roku, czerwonym kolorem oznaczony jest projekt rozbudowy.

Do Santander (godzina drogi samochodem od Bilbao) lecimy w piątek rano z Modlina przez CRL z dogodną czasowo przesiadką, a wracamy w niedzielne popołudnie też przez CRL, ale do Warszawy. Pierwotny plan jako przesiadkę wskazywał Stansted, jednak bilety z Londynu do SDR są w chwili obecnej dwu, a nawet trzykrotnie droższe. Warto rozważyć też dolot Ryanairem do Biarritz (BIQ) we Francji. Loty do samego Bilbao, mimo że dolatuje tam Easyjet z STN i Vueling nie kalkulują się w żaden sposób, a ceny obserwuje od około trzech miesięcy.

Republika Górskiego Karabachu

Odkąd na studiach poznałem O., która określała się jako Mołdawianka, ale mieszkała w Tyraspolu marzyłem, by odwiedzić kraj Naddniestrze.

Dotychczas z krajów, które nie istnieją na mapach politycznych,  udało mi się odwiedzić Republikę Górskiego Krabachu.

SONY DSC
Pomnik „My jesteśmy naszymi górami” ukończony w 1987 roku, jest uznany za symbol ormiańskiej spuścizny Górskiego Karabachu.

Jaki związek mają te dwa państwa? Ich status prawny jest niejasny. Karabach nie jest uznawane przez żadne inne państwo z wyjątkiem Armenii, de jure teren ten należy do Azerbejdżanu.

Do kraju wjechaliśmy przejściem granicznym z Armenią w miejscowości Berdzor. Wizę wykupiliśmy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Stepanakercie. Droga do Karabachu wiedzie przez góry, piękne i kolorowe. Nie należy do bezpiecznych. Nie pamiętam jak długo jechaliśmy natomiast nie zapomnę jak bardzo zmieniała się przyroda.
Z prawie pustynnych krajobrazów Armani przenieśliśmy się do zielonej krainy Karabachu, takie chwile sprawiają, że zaczynam się domyślać na jakiej zasadzie ktoś wytyczał kiedyś granice.

Zaraz za granicą zatrzymaliśmy się w gospodarstwie agroturystycznym albo restauracji, karczmie? Jadłem tam najpyszniejsze ryby na świecie,  małe, przypominały sielawę. Zostaliśmy ugoszczeni ogromny talerzem smażonych na oleju rybek polanych sokiem z cytryny. Do tego podano nam tamtejszy bimber. Była to jedna z najwytworniejszych kolacji jakie miałem okazję jeść poza Polską.

SONY DSC
Kto rozpozna jakie to ryby? Na pewno słodkowodne.

Do Karabachu jechaliśmy wynajęta taksówką, kierowcy nie zapomnę. To był typ lepiącego się macho, rozmowy z nim były bardzo długie i męczące, pewnie dlatego ze w języku rosyjskim on i ja rozumieliśmy po dwa słowa. Podczas kolacji wypił dużo więcej niż my, a było już po zmroku, wiec nie czuliśmy się bezpiecznie w dalszej podróży do stolicy. Późnym wieczorem dojechaliśmy do hotelu,  na szczęście taksówkarz nie chciał spać razem z nami w pokoju. Rano musieliśmy załatwić wizę, to znaczy pewnie nie musieliśmy, ale wypadało. Ministerstwo przypominało sporą willę, czekaliśmy w sieni. Jakaś pani, która mogłaby być sekretarką zabrała nasze paszporty. Wizy nie stemplowali, a podarowali do wklejenia. Do dziś jej nie wkleiłem, w sumie nie wiem dlaczego. Jeśli postanowicie ją wkleić, nawet nie próbujcie na tym paszporcie wyjechać do Azerbejdżanu.

Potem rynek i przepyszne ciasto zapiekane tak, by w środku była warstwa ziół albo sera. Tamtejsza kuchnia dowodzi pierwszego przykazania każdego kucharza – proste jest trudne i piękne. Zakupiłem tutowkę, ichniejszy bimber, który sprzedawany jest w plastikowych butelkach. Trzeba sprzedawcom zaufać albo oślepnąć. Jednak kto nie ryzykuje ten nie posmakuje najlepszego bimbru pod słońcem. Niektóre mają ponoć moc blisko 80%, jednak w smaku tego nie czuć, co dowodzi oczywiście kunsztu przepisu i produkcji, czuć za to procenty w żyłach, już po pierwszych łykach.

DSC05641.JPG
Sień w Ministerstwie.

Po zwiedzaniu rynku i okolic postanowiliśmy wybrać się do Agdam, miasta umarłego, zabitego podczas wojny. Miasto w dosłownym tłumaczeniu oznacza „biały dom”. Thames de Waal, brytyjski dziennikarz, nazwał to miejsce małą Hiroszimą, choć nie chodziło oczywiście o rodzaj broni jakiej użyto do zniszczenia miasta. Leży około dwudziestu pięciu kilometrów od stolicy, a jego początki sięgają osiemnastego wieku.

[googlemaps https://www.google.com/maps/embed?pb=!1m14!1m12!1m3!1d3650.570435856304!2d46.928515178809704!3d39.99204436955782!2m3!1f0!2f0!3f0!3m2!1i1024!2i768!4f13.1!5e1!3m2!1spl!2spl!4v1454026265736&w=100%&h=450]
To widmo, którego gdzieniegdzie pilnują żołnierze, a między budynkami błąkają się bezdomne psy. Jednym z najlepiej zachowanych budynków jest synagoga, obydwa minarety stoją dzielnie pośród ruin. Można na nie wejść i zobaczyć panoramę efektów wojny. Klimatu nadaje roślinność porastająca ruiny budynków, w końcu od wojny minęło już prawie ćwierć wieku. Był to smutny, ale też jakoś niezdrowo fascynujący widok. Dziś o pierwszej rzeczy, o której myślę to miny. Nawet nie przyszło mi przez myśl wtedy, że tam może być niebezpiecznie również z tego powodu.

Ceny w Górskim Karabachu nie były wysokie, wiec pozwoliliśmy sobie na mały obiad w restauracji hotelowej na głównym placu Stepanakertu. Pierwszy raz w życiu jadłem soliankę. Ufam, że miała być taka jak powinna. Słodka, ostra, kwaśna. Nie wiem, który smak dominował. To było miłe doznanie.

SONY DSC
Lotnisko nieopodal Stepanakertu – Khojaly Airport, kodu IATA brak, ICAO – UB13.

Zajrzeliśmy też na lotnisko w okolicach Stepanakertu. Wybudowano je w 2009 roku celem przywrócenia ruchu lotniczego między Karabachem, a Armenią, jednak lotnisko do dziś tylko stoi i pięknie wygląda, czujnie strzeżone przez żołnierzy.

W drodze powrotnej zwiedziliśmy klasztor w Gandzasar, pierwsze wzmianki o klasztorze pochodzą z dziesiątego wieku.

Do Górskiego Karabachu można dojechać autobusem (marszrutką) z Erywania, do Erywania również marszrutką z Gruzji. Do Gruzji dolecimy tanio Wizzairem z Warszawy lub z Katowic.