W drodze do Kapsztadu, część pierwsza

Wszystko zaczęło się od promocji łączonego biletu z Włoch do Republiki Południowej Afryki, z pobytem w Bangkoku oraz całodniową przesiadką w Addis Ababa. Sześć lotów (w tym dwa Emiratami) za 1300 zł1. Dodatkowo w cenie biletu wiza do Etiopii oraz hotel w Addis na czas 17-godzinnego tranzytu.

Emirates airlines to najlepsze linie lotnicze świata.

Jak można było nie kupić?

Czytaj dalej W drodze do Kapsztadu, część pierwsza

#dookołakuli: dzień 19. – zaginiony świat

Bezsenna noc na plaży Kalalau

plaża Kalalau nocą

Przerzucałem się z boku na bok. B. spała jak zbita. Tylko od czasu do czasu chrapnęła. Pode mną folia namiotu i piach. Nasze prowizoryczne prześcieradło już dawno się zrolowało. Spróbowałem się przenieść, głową do jej stóp. Na chwilę odleciałem. Poczułem jak odchylam się do tyłu i zaraz spadnę do przepaści.

Otworzyłem oczy. Chyba jednak nie zasnę. Głowę miałem wtedy niżej niż nogi. Poczułem jak masło orzechowe zaczyna cofać się do gardła. Znowu zmieniłem pozycję.

Nasłuchiwałem odgłosu wody. A może przyleci helikopter i zrobią obławę?

Poszedłem do wyimaginowanej toalety. Była jasna noc, księżyc zataczał krąg, zbliżał się do krańca plaży. Niedługo będzie nad Oceanem. Ludzie krążyli po plaży i po wydmach. Jak nocne patrole, z lampkami na głowach. Ktoś się kąpał. Dziwne historie.

Kilkanaście osób spało na plaży. Tylko my w namiocie, reszta na karimatach. Położyłem się ponownie.

Nienawidzę bezsenności z powodu zmęczenia. Byłem zmęczony do cna. Wszystko bolało z wysiłku i ze stresu. Oko chciało się zamknąć, ale co chwilę się otwierało. Nie wziąłem ze sobą ani leków przeciwbólowych ani nasennych.

O świecie czekał nas powrót. Może lepiej złapać tę motorówkę za 150 dolarów?

Spróbowałem liczyć barany, zawszę liczę je od 400 z hakiem.

Mijały kolejne godziny albo minuty trwające godziny. Wyjrzałem z namiotu. Księżyc już prawie nad wodą. Godzina 4:30.

Nie było już sensu podejmować kolejnej próby zaśnięcia. Rozpocząłem procedurę budzenia B. Jak ja jej zazdrościłem, że zasnęła. Staraliśmy się coś zjeść. Nadal nie potrafiłem niczego przełknąć.

Na zdjęciu, które sobie zrobiliśmy byłem koszmarnie spuchnięty.

Złożyliśmy namiot. Wieczorem umówiliśmy się z naszymi nowymi znajomymi, że zostawimy go tutejszym osadnikom. Na pewno się przyda. Była to decyzja nie pozbawiona wątpliwości natury etycznej. Z jednej strony tych osadników z pewnością bym polubił i sam bym takim z chęcią został, z drugiej strony przyroda… Oczywiście na plaży i szlaku nie zostawiliśmy ani jednego papierka, wszystko zostawiliśmy na lotnisku.

Gdybyśmy…

Gdybyśmy mieli choć jeden dzień więcej w swoim napiętym grafiku…

Czytaj dalej #dookołakuli: dzień 19. – zaginiony świat

Pyszne Ramen na Piotrkowskiej

Do kiedy nie odwiedziłem japońskiej knajpy na Maui, omijałem szerokim łukiem wszelkie restauracje z napisem sushi. Oczywiście pomyliłem się co do japońskiej kuchni. Japonia to nie tylko sushi, ale też zupy. 

Wczoraj wieczorem odwiedziliśmy z P. japońską restaurację przy Pietrynie. Rzuciłem się na Ramen. To danie przybyło do Japonii z Chin i stało się popularne po II wojnie światowej. Mówiąc prosto (nie jestem znawcą japońskiej kuchni), to „rodzaj rosołu na bogato”. 

 

Wywary na rameny już się gotują 🙂 #ramen #dashiramen #tonkotsuramen #sendaisushi

Film zamieszczony przez użytkownika @sendaisushipl

W Sendai Sushi podano przepyszny, wytrawny, chudy rosół z makaronem, grzybami, jajkiem ugotowanym na miękko oraz warzywami. Oczywiście rosół nie smakował tak jak polski. Czuć było mieszaninę smaków; przede wszystkim słodkiego, cierpkiego i gorzkiego. Furorę w tym daniu robiły jajo i wołowina. Tekstura i smak żółtka stwarzały niezłe zamieszanie w jamie ustnej. Mięso było intensywnie doprawione i rewelacyjnie poddane obróbce termicznej. Rzadko się to zdarza, ale nie jestem nawet w stanie określić czy było grillowane czy pieczone… Brawo dla kucharza!

Sendai Sushi, Łódź, ul. Piotrkowska 209. Polecam.

Podejście do sushi zrobię już w Tokio.

Zapiski z Malty, ale nie tej Poznańskiej

Skąd się wziął maltański pomysł na weekend? Z wyszukiwarki lotów i zdjęć jakie obrazują promocyjny kierunek. Dotychczas o Malcie nie słyszałem. Po zobaczeniu uliczki w Valletcie nie mogłem przestać o niej myśleć. Później były zachęcające promocje i stało się…

Valletta
Uliczki Valletty i charakterystyczne maltańskie wykusze. Tu wszyscy oglądają mecz w niedzielne popołudnie. Jest sielankowo.

Czytaj dalej Zapiski z Malty, ale nie tej Poznańskiej

#dookołakuli: dzień 1 i 2.- Peggy, Wenecja i kolacja w Budapeszcie

Do lotniska dojechałem tramwajem i autobusem 55. To było coś. W podróż dookoła świata łódzką komunikacją miejską. Padał rzęsisty deszcz. Jak się po chwili okazało w tym samym autobusie jechali przyjaciele, którzy skutecznie ukryli się przed moim wzrokiem. Z transparentem przyszli nas pożegnać. Jedna z milszych niespodzianek.

wp-1465058898582.jpg
3, 2, 1, 0… start!

Czytaj dalej #dookołakuli: dzień 1 i 2.- Peggy, Wenecja i kolacja w Budapeszcie

Weekend we Włoszech. San Marino, Rimini i włoska wieś.

Do San Marino dojechaliśmy późnym wieczorem, zmęczeni. Po drodze zgubiliśmy się jeden raz, ale to było bardzo miłe zagubienie w małej, romantycznej miejscowości Talamello w górach, GPS oszalał, a ja poczułem się jak na planie Życie jest piękne. Wystarczyło tylko by z okna wypadł Roberto Benigni. Szkoda, że imperatywy finansowe nie pozwoliły na odrobinę szaleństwa i wynajęcie hotelu (jeśli w tej miejscowości takowy istnieje) i pozostanie tam na noc.

[googlemaps https://www.google.com/maps/embed?pb=!1m0!3m2!1spl!2spl!4v1460214566710!6m8!1m7!1sHs_0pWnNoJEo2IsNw1n7sw!2m2!1d43.9050747!2d12.2858405!3f173!4f0!5f0.7820865974627469&w=100%&h=450]

San Marino nocą jest puste i bezpańskie. Zdziwiło nas to bardzo, spodziewaliśmy się licznych, tętniących życiem kawiarni. Obcesowy Polak poznany w hostelu twierdzi, że wszyscy Sanmarinianie i turyści bawią się nocami w dyskotekach. Okazało się,  że nasz hostel był położony nad klubem nocnym, ale dzięki długiej podróży legliśmy dość szybko. Rankiem zobaczyliśmy panoramę jednego z najmniejszych państw świata, a z sali śniadaniowej, kolejkę linową na szczyt, na którym wybudowana została stolica.

Parking w pobliżu kolejki jest na szczęście bezpłatny,  a wjazd w jedną stronę kosztuje 4,5 euro. A propos europejskiej waluty, można tam znaleźć bilon europejski z orłem – godłem tego kraju. Warto zachować na pamiątkę jedna z moment, z oczywistych powodów stanowią niewielki procent wszystkich.

W San Marino zobaczylibyśmy zdecydowanie więcej gdyby nie wszechogarniająca mgła. Mgła w dzisiejszej Polsce nabiera negatywnych skojarzeń, ale potrafi być piękna w jednym z najmniejszych krajów świata. Sanmarinianie słyną z gościnności i miłego obycia, spotkaliśmy może kilka osób, w tym pracownika McDonalda, rzeczywiście byli bardzo mili.

Zwiedzanie kompleksu zamkowego zajęło nam dużo mniej czasu, niż wstępnie planowałem. Wybraliśmy się zatem do Rimini, nadmorskiego kurortu cieszącego się niegdyś wielką sławą. W Rimini 1920 roku urodził się Federico Fellini, według Google Maps muzeum poświęcone jego postaci jest jednak zamknięte na stałe. W latach 30 znany reżyser przeniósł się do Florencji. Nieświadomie nasza podróż okazała się osadzona na szlaku wielkiego Włocha.

Pierwsza restauracja, do której weszliśmy okazała się najlepszą jaką spotkałem we Włoszech. Klientami byli jedynie tubylcy. Zamawiali między innymi pizzę z frytkami na wierzchu, a do stołu można było poprosić o majonez i keczup (?!). W menu znaleźliśmy pizzę Szczecin. My zamówiliśmy najtańszą – Marinarę. Była to najlepsza pizza jaką kiedykolwiek jedliśmy. Marinara to wersja znanej Margarity bez mozzarelli, a do sosu pomidorowego dodawana jest sardel. Pizza zniknęła w ciągu dwóch minut. Pozostałe dania również były godne polecenia. Z przyjemnością polecam tę restaurację jeśli tylko znajdziecie się w Rimini.

Plaża w Rimini była czysta i najszersza jaką w życiu widziałem. Gdzieś w centrum starego miasta zobaczyliśmy zdjęcia plaży z sezonu – nie wytrzymałbym tam ani godziny.

Popołudniem, zakupując po drodze zapasy wina, wybraliśmy się na zasłużony wypoczynek do gospodarstwa agroturystycznego w okolicach Paderno. Bardziej romantycznego i malowniczego miejsca nie mogliśmy sobie wyobrazić. To idealne miejsce na weekend  miodowy. To mało powiedziane o gospodarzach, że są mili.

A video posted by @dookolakuli on

Rzym w styczniu – dzień drugi

Zaczął się tuż po północy kiedy dolecieliśmy do CIA. W trakcie lotu zacząłem czytać Pepiki Surosza, jeden artykuł z jakiejś lewackiej gazety na temat upadłego Detroit – ciekawe, chciałbym to martwe miasto odwiedzić.  Autobus Terravision czekał na nas pokornie,  a opóźnienie lotu wynosiło około godzinę. Chłopak, który siedział obok nas obawiał się, że nie będzie jak dojechać do centrum Rzymu. Podróż autobusem nie trwała długo. O wiele bardziej dłużyła się ta z BVA czy RYG. Na szczęście hostel lub hotel (nie pamiętałem) zamówiłem tuż przy Termini. Okazało się, że tu jest taki dystrykt hotelowy jak w Brasilii. Hotel na hotelu, a właściwe to trudno je nazywać hotelami. Po bijących w oczy reklamach, przypominało mi to miejsce dzielnice czerwonych latarni. A ostatnim miejscem, w którym chciałbym spać to dom publiczny. Czytaj dalej Rzym w styczniu – dzień drugi