Muzeum artysty sowieckiego

Muzeum

Otwarte od godziny 10:30 do 17. Przy ulicy Dzoragyugh w Erywaniu. Na wzgórzu Hrazdan Gorge, z malowniczym widokiem na smutny pomnik genocydu i dumną górę Ararat, stoi muzeum. Jedno z najważniejszych w Erywaniu i całym kraju. Zostało otwarte w 1988 roku, kiedy artysta wrócił z kraju. Osobiście wybrał lokalizację. Wchodząc tam mam wrażenie, że wchodzę do jego domu.

Zaprosił i poczęstował chlebem i solą. Najlepiej pamiętam smak kolaży, choć to reżyser, więc powinienem znać go jako twórcę filmów.

Ikony Paradżanowa
Ikony Paradżanowa. „Ukradłem” kilka do swojego domu.

Czytaj dalej Muzeum artysty sowieckiego

Neapolitańskie szleństwo

Mamy bilety powrotne z Neapolu!

Lecimy do Neapolu linią Wizzair w ostatni piątek października, o dziewiętnastej, z lotniska Chopina. Bilet tam kupiłem, dlatego że kosztował pięćdziesiąt złotych. Oczywiście nie żałuję swojego występku.

Zatoka Neapolitańska
Zatoka Neapolitańska, Joseph Vernet, 1748 rok

Od dłuższego czasu miałem problem ze znalezieniem taniego powrotu. Czytaj dalej Neapolitańskie szleństwo

Pyszne Ramen na Piotrkowskiej

Do kiedy nie odwiedziłem japońskiej knajpy na Maui, omijałem szerokim łukiem wszelkie restauracje z napisem sushi. Oczywiście pomyliłem się co do japońskiej kuchni. Japonia to nie tylko sushi, ale też zupy. 

Wczoraj wieczorem odwiedziliśmy z P. japońską restaurację przy Pietrynie. Rzuciłem się na Ramen. To danie przybyło do Japonii z Chin i stało się popularne po II wojnie światowej. Mówiąc prosto (nie jestem znawcą japońskiej kuchni), to „rodzaj rosołu na bogato”. 

 

Wywary na rameny już się gotują 🙂 #ramen #dashiramen #tonkotsuramen #sendaisushi

Film zamieszczony przez użytkownika @sendaisushipl

W Sendai Sushi podano przepyszny, wytrawny, chudy rosół z makaronem, grzybami, jajkiem ugotowanym na miękko oraz warzywami. Oczywiście rosół nie smakował tak jak polski. Czuć było mieszaninę smaków; przede wszystkim słodkiego, cierpkiego i gorzkiego. Furorę w tym daniu robiły jajo i wołowina. Tekstura i smak żółtka stwarzały niezłe zamieszanie w jamie ustnej. Mięso było intensywnie doprawione i rewelacyjnie poddane obróbce termicznej. Rzadko się to zdarza, ale nie jestem nawet w stanie określić czy było grillowane czy pieczone… Brawo dla kucharza!

Sendai Sushi, Łódź, ul. Piotrkowska 209. Polecam.

Podejście do sushi zrobię już w Tokio.

#dookołakuli: dzień 14. – Bielizna, Bondi i kij baseballowy

Dotychczas jedynym moim namacalnym kontaktem z Australią była bielizna. Od wielu, wielu lat jedną z moich ulubionych firmy produkujących bieliznę jest właśnie ta, do której wielokrotnie wykorzystywano legendarną plaże Bondi w materiałach reklamowych.

Firma nazywa się Aussiebum i jest jedna jedną z najbardziej znanych marek australijskich na świecie. Ponadto, producenci są dumni z swojego pochodzenia.  Ponoć właśnie tej firmy spodenki kąpielowe noszą australijscy ratownicy.

Rano, jak to w Sydney, niespiesznie wybraliśmy się w kierunku plaży. Po drodze wypiliśmy kawę i zjedliśmy pyszne ciasteczko bananowe. Przypomnę, że w maju w Australii panuje jesień, więc na plaży nie było ciepło. Nie odważyłem się wykąpać, ale temperatura do opalania była idealna

Bondi Bay
Bondi Beach w 1900 roku

Czytaj dalej #dookołakuli: dzień 14. – Bielizna, Bondi i kij baseballowy

Zapiski z Malty, ale nie tej Poznańskiej

Skąd się wziął maltański pomysł na weekend? Z wyszukiwarki lotów i zdjęć jakie obrazują promocyjny kierunek. Dotychczas o Malcie nie słyszałem. Po zobaczeniu uliczki w Valletcie nie mogłem przestać o niej myśleć. Później były zachęcające promocje i stało się…

Valletta
Uliczki Valletty i charakterystyczne maltańskie wykusze. Tu wszyscy oglądają mecz w niedzielne popołudnie. Jest sielankowo.

Czytaj dalej Zapiski z Malty, ale nie tej Poznańskiej

#dookołakuli: dzień 13. – Sydney Opera House

SOH

To był dzień jednego z moich większych marzeń związanych z tą podróżą. Koncert w Sydney Opera House (SOH). Jednym możliwym koncertem był Bach, Mozart i Betthoven w wykonaniu Australian Chamber Orchestra (ACO). Zapewne, gdybym miał wybór, padłoby na koncert symfoniczny, ale jak się czegoś nie ma, to się cieszy, że się ma. Poza tym sztuką nie można gardzić ani przebierać. Ostatni raz byłem w filharmonii ponad pięć lat temu. Bywały czasy, gdy pojawiałem się na koncertach raz na dwa tygodnie. Tak jak w teatrze kocham, kiedy kurtyna podnosi się, a ja zapominam o całym świecie. Tak w filharmonii lubię ten moment kiedy gasną światła, koncertmistrz daje znak orkiestrze nutką i muzycy się przygotowują, bo zaraz zacznie się… kolejna podróż.

Wizją koncertu byłem bardzo podekscytowany.  Jakby mogło być inaczej? Nigdy w życiu nie miałem odwagi nawet marzyć, że będę w Sydney, a co dopiero koncert.  Czytaj dalej #dookołakuli: dzień 13. – Sydney Opera House

Oslo, które miało kosztować 12 złotych

Niedawno przyleciałem z podróży po Europie. Były wakacje. Leżeliśmy z P. w trawie, w parku na Młynku. Jedną z największych rozrywek jaką miałem w życiu to przeglądanie promocji linii lotniczych. Tak wpadła mi w ręce cena za lot do Oslo za dwanaście złotych.

„Chodź polecimy do Oslo? To tylko dwanaście złotych!” Widziałem jego niezadowoloną minę realisty, który zdawał sobie sprawę, że ta podróż będzie kosztowała o wiele więcej. Ja potrafię realizm wyłączyć.

Wylatywaliśmy w piątek popołudniem, a wracaliśmy w niedzielę. Z Modlina. Koniec końców, do hostelu dotarliśmy około północy. Najbardziej zużyła nas podróż autobusem z lotniska Moss-RyggeCzytaj dalej Oslo, które miało kosztować 12 złotych